czwartek, 05 maja 2005
W odwiedzinach u więźnia miłości 6

         Wyjaw mi wszystkie twe dolegliwości , synu mój , z wszelką dokładnością , abym je wziął na serce swoje , a tobie ujął ciężaru. A przede wszystkim powiedz mi , jaka to może być przyczyna gniewu twego. Kto to zranił twą miłość własną Kto tobą pogardził? Kto cię poniżył? Kto do żywego dopiekł? Obcy , czy bliski? Taki od którego się byś tego najmniej mógł spodziewać , czy inny? Powiedz mi wszystko , a w końcu dla miłości mojej powtórz słowo przebaczenia , jakom i ja je wyrzekł na krzyżu. Przyrzeknij mi , że przed ludźmi tego już nie powtórzysz , coś mnie powiedział , że sam przed sobą to taić będziesz i o tym zapomnisz. A ja ci pobłogosławię , ja uspokoję wzburzone serce twoje , ja ci dam więcej słodyczy łaski mej , niż było goryczy z krzywdy jaką ci uczyniono.

W odwiedzinach u więźnia miłości 5

        Powiedz mi po szczególe , o czym tak często myślisz , co sobie w skrytości serca swego układasz , co zamierzasz? Wiedz że i ja mam serce jako serce wasze (Job.12,3); I mnie to obchodzi , co obchodzi serce twoje , a lepiej wiem od ciebie , co ku temu więcej służyć będzie. Proś mnie , abym życzeniami serca twego pokierował , abym je uspokoił , oczyścił z wszystkiego. Proś mnie , abym spełnił te ; których spełnienie tobie , bliskim twoim pożytecznym będzie.

W odwiedzinach u więźnia miłości 4

Czy nie zwierzysz się przede mną z tym , co ci osobiście tak bardzo na sercu leży? - Oto opowiedz mi otwarcie i szczerze o swoich brakach.

         Do jakiego stopnia jesteś jeszcze zmysłowy , pyszny , próżny , samolubny , oziębły , leniwy , nieposłuszny. Uskarż się przede mną sam na siebie , a potem błagaj mnie , abym ci dopomógł do zwyciężania takiej namiętności , do powstania z upadku , do poprawienia błędów popełnionych. Biedne dziecko! Nie rumień się przede mną; wiedz , że jest w niebie dziś ze mną wielu Świętych , którzy niegdyś tym samym co ty podlegali słabościom. Biedne dziecko! Nabierz większej nadziei! Potrafili ci i owi , i ty potrafisz. Święci moi gorąco się do mnie modlili , gwałt sobie zadawali , ufali we mnie i przy pomocy mojej powoli namiętność zwalczali. Czyń teraz , co oni czynili dawniej , a dojdziesz tam , gdzie oni się dziś znajdują.

W odwiedzinach u więźnia miłości 3

A dla siebie czy nie masz jakich łask i darów do uproszenia?

        Nie lękaj się , proś o dobra ciała i duszy: O zdrowie , pamięć , powodzenie , o dar modlitwy , cierpliwości , czystości. Ja mogę dać wszystko i daję zawsze , jeśli dobrodziejstwa moje posłużą do uświęcenia większego dusz , które tak drogimi są dla mnie? Czegóż pragniesz dzisiaj , moje dziecię? A może też chcesz napisać sobie długi rejesr łask i darów , których sobie życzysz? Owszem , przyjdź z nim i przeczytaj mi go tutaj. Mnie nie trudniej dać wiele , jak dać mało. Żądaj tylko wiele.

W odwiedzinach u więźnia miłości 2

Możebyś chciał Sercu memu i opiece mojej polecić kogo z bliskich swoich?

         Owszem , polecaj mi ich śmiało , ja się cieszę , skoro serce ludzkie o drugich myśli i dla drugich się poświęca.

         Powiedz mi więc , czego potrzebują rodzice , bracia siostry , dzieci , inni twoi bliscy , przyjaciele? Do każdego imienia dodaj życzenie , jakie masz dla każdego z nich. Proś o wiele. Mnie nie trudniej dać wiele , niż dać mało.

         Pomów też ze mną o strapionych , których boleść i twoje serce boli... którym życzysz pociechy... o chorych , których znasz , odwiedzasz... o ubogich , którym nędza budzi litość serca twego... o grzesznikach , których nawrócenia pragniesz. A może są tacy , którzy zranili twe serce , stali ci się przyczyną gorzkiego zawodu. Ich także nie pomiń! A przypomnij mi śmiało moją obietnicę , że wysłuchane będą modlitwy , w Imię  moje czynione.

 

W odwiedzinach u więźnia miłości 1

 Sposób odwiedzania Najświętszego Sakramentu.

Głos Pana Jezusa do duszy odwiedzającej Go.

        Mój synu! Nie potrzeba wiele wiedzieć, by się mnie przypodobać. Wystarczy , byś mnie bardzo miłował i ufał szczerze , że i ja cię miłuję. Dwa serca , miłujące się wzajemnie , zawsze się rozumieją.

        Mów więc do mnie , jak do swego najlepszego przyjaciela: po prostu , poufnie , szczerze , bez dobierania słów , bez zastrzeżeń , bez obawy. Wylej przede mną całe serce twoje. Ja cię zrozumiem i wysłucham , choć tylko myślą , sercem do mnie mówić będziesz , dla mnie głos serca zrozumiały. Ja tu pod zasłoną chleba długo czekałem na cię , ażebyś do mnie przyszedł , abyś mi serce swoje otworzył. Ja ci będę odpowiadał słowami łask i pociech. Miej tylko ucho otwarte na ciche słowo łaski mojej. A jeśli nie zrozumiesz może słów odpowiedzi teraz , zrozumiesz je potem czasu pracy , czasu pokusy i czasu dźwigania krzyża codziennego twego obowiązku.

        Cóż mi tedy powiesz , co mi powierzysz?

wtorek, 03 maja 2005
-----==={{^}}===-----

-----==={{^}}===-----

poniedziałek, 02 maja 2005
=====\/*{{~~*~~}}*\/=====

=====\/*{{~~*~~}}*\/===== 

sobota, 23 kwietnia 2005
MIŁOŚĆ (część III)

      W przerażającym zagrożeniu śmiercią , podczas Ostatniej Paschy , która Jezus "pragnął gorąco" (Łk 22,15) spożyć ze swoimi przyjaciółmi, miłość Jezusa objawiła się w słowie i czynie z niezwykłą mocą. Jezus wiedział , że z przyjaciółmi swoimi przebywa po raz ostatni. Chciał okazać im , że "do końca ich umiłował" (J 13,1). W swojej mowie pożegnalnej szyntetyzował całą swoją postawę w nakazie wyrażającym wszystko , co przeżyli wspólnie ze sobą  we wszystkich dniach i miesiącach pięknych i trudnych , odświętnych i zwykłych: "Dzieci , jeszcze krótko jestem z wami...Przykazanie nowe daję wam , abyście się wzajemnie miłowali. Po tym wszystkim poznają żeście uczniami moimi , jeśli będziecie się wzajemnie miłowali" (J 13,33-35). Rzekł , iż nie chce , by trwożyło się serce uczniów Jego (J 14,1); Obiecał im pocieszenie , które przyniesie im Duch Prawdy , którego świat nie widzi i nie zna (J 14,27) i wielokrotnie powtarzał przykazanie miłości (J 15,10.12.17). jak gdyby zapomniawszy o swoim przeznaczeniu , starał się wyprowadzić umysły swoich przyjaciól z zamieszania , sprawić ulgę ich sercom , napełnionych smutkiem (J 16,6) i objawiał im swoją miłość także w najdrobniejszych rzeczach , jakie wyświadczał im podczas Ostatniej Wieczerzy. W takiej sytuacji została ustanowiona Eucharystia , największe dokonanie miłości Jezusa , pocieszającej , obdarowującej i altruistycznej.

     Nakreśliliśmy tutaj w kilku rysach ludzką miłość Jezusa. Owe zaznaczone kontury nie mogły w żaden sposób stworzyć pełnego obrazu. naszym zamiarem było jedynie szkicowe przedstawienie postaci Jezusa. Zasadniczym spoiwem tego życia była miłość: zawładnęła ona wszystkim , przepoiła i złączyła w zgodną całość wszystko. Była aktem istnienia Jezusa na świecie.

     Jeżeli rzecz tak się przedstawia , to wobec Jezusa z Nazaretu zawieść musi nasze ludzkie pojmowanie. Doszliśmy do alternatywy:Jeżeli Jezus życzył sobie tego , co wypowiedział w mowie o chlebie życia w Euchrystii , to albo musiał na ludzki sposób nienawidzić swoich przyjaciól , albo , jeśli jednak serdecznie i dojrzale ich kochał (i obstawał wciąż przy żadaniu wyrażonym w związku z Eucharystią) , wówczas nie jest możliwe zrozumienie  Go przy pomocy ludzkich pojęć , to znaczy , że w takim razie był zasadniczo inny niż ktoś będący tylko człowiekiem. Po naszych wywodach o miłości Jezusa pierwsza możliwość musi ulec wykluczeniu. Tak więc w doczesnej postaci jezusa odsłania się wyższy związek znaczeniowy: W Jego człowieczym istnieniu objawia się to, co w miłości "nadziemskiej" całkowicie odmienne, niepojmowalne w ludzkich kategoriach.

Ladislaus Boros "Odkrywanie Boga" , Instytut Wydawniczy PAX Warszawa 1974 r.

MIŁOŚĆ ( część II)

     Ta wielkość miłości jest jednak zarazem jej zagrożeniem. Stworzenie ludzkie w swojej doczesnej kruchości , w swoim przemijalnym istnieniu staje się dla nas w miłości "przedmiotem" naszego dążenia do nieskończoności. Wymóg , którego naprawdę żaden człowiek nie może spełnić. Człowiek musi w sposób nieunikniony rozczarowywać miłość , która płynie ku niemu i nie może w swojej metafizycznej istocie sprostać takiej miłości , dorosnąć do niej. Przetrzymać owo rozczarowanie miłości i pomimo to wypowiedzieć istotne słowa miłości : "jesteś bez granic" - oto największy czyn ludzkiego serca. Zwie się on wiernością. I zgodnie ze swoją istotą wymaga spełniania aż do śmierci. Wymóg ten oznacza wielką udrękę ludzkiego serca i mroczny chaos uczuć , szczególnie wtedy , gdy brak miłości wzajemnej surowo ukazuje mu , że ów ktoś ukochany nie wznosi się ku temu , czym mógłby i powinien być. To bolesne doświadczenie było zawsze udziałem wszystkich , którzy kochali naprawdę. Stąd ich usiłowania , ażeby w ponawianych co dzień zmaganiach z bezpośrednią oczywistością ("widzę twoją ograniczoność"), w wierności praktykowanej na codzień , z godziny na godzinę , budować wciąż na nowo swoją miłość (i mówić "jesteś bez granic"). Jeśli ten , kto kocha , zaniedba owego zmagania się z własnym sercem - a trzeba je przezwyciężać stale , wciąż od nowa - wówczas może się zdarzyć , że człowiek , którego niegdyś szlachetnie i prawdziwie kochał , nagle , w jakimś momencie , stanie się dlań niedostrzegalny. Będzie przechodził obok niego przez lata i przez dziesiątki lat ( w najlepszym razie z uprzejmym brakiem zainteresowania), nie dostrzegając bezradnych spojrzeń , nie słysząc błagalnych wołań drugiego. Prawdziwa miłość urzeczywistnia się zawsze i tylko w wierności; we wspólnocie trwającej aż do śmierci.

    Nakreślona tutaj w sposób szkicowy postać miłości urzeczywistnia się w całej swojej glębi tam wszędzie , gdzie kocha się poważnie i uczciwie. W chaosie ludzkiej egzystencji często wprawdzie postać ta nie dochodzi do pełni swojego wyrazu , lecz żyje w najgłębszym odczuciu samych kochających. Nie wszystko to , czego próbowaliśmy tutaj dociec na temat tajemnicy miłości , ma bezpośredni związek z tokiem naszego dowodzenia. Jednakże trzeba było o tym napomknąć , po to , by uzyskać widzenie istoty tego , co właściwie zawiera miłość. Miłość oznacza wymianę bytów. Byt jednej osoby zostaje zbudowany z "materii bytu" drugiej. I proces ten nie jest procesem rozgrywającym się jedynie na płaszczyźnie psychologicznej. Byt osoby kochającej jest metafizycznie "współbytem" ; osoba kochana jest ontologicznym współgruntowaniem stanu bytu osoby kochającej . Tutaj , z uwagi na omówione przed chwilą niebezpieczeństwa , powstaje nowy wymóg , jaki niesie ze sobą ludzka miłość: by dawać osobie kochanej tylko to , co we własnym istnieniu jest jasne i czyste. Człowiek kochający , w którym miłość rozbudziła samopoznanie , głęboko spogląda we własną egzystencję. Widzi upadek , samolubstwo , żądzę władzy , słabość , ubóstwo własnego istnienia , ociężałość serca i - najgłębiej - zło. Z pełną odpowiedzialnością musi sam sobie postawić pytanie , czy darowując siebie samego nie przekazuje drugiej osobie tego , co w jego bycie nosi znamię upadku. Obawia się o to tym więcej , im bardziej kocha drugą osobę, im bardziej nie chce zakazić jej lub zatruć amętem własnego istnienia. Ukochana osoba ma być z dala od tego , nieskażona i rozświetlona ; niech rozwija się w niej to co czyste. Kochając , będzie się trwało nadal, rzecz jasna , w ciągłym darowywaniu samego siebie , w twórczej wierności. Ale darowanie to ulega przytłumieniu , wymaga ciągłego doskonalenia. Do drugiej osoby powinno przenikać tylko to , co czyste , godne , kształtujące byt. Tym samym w naszym fenomenologicznym objaśnieniu ludzkiej miłości doszliśmy do miejsca , w którym raz jeszcze z całą ostrością musimy postawić początkowe pytanie: czy człowiekowi , który kocha głęboko , uczciwie i dojrzale , wolno chcieć , aby ktoś drugi czerpał z niego istnienie , które  przeżywa na tym świecie.

       Pozostawmy na uboczu kwestię , czy i jak w rzeczywistości można pragnienie to spełnić. Chodzi nam jedynie o egzystencjalną możliwość takiego chcenia. Czy wolno człowiekowi chcieć takiego chcenia , by istniał tego rodzaju stosunek pomiędzy nim a kimś , kogo on kocha? Nasza odpowiedź brzmi: żaden naprawdę kochający człowiek nie odważyłby się na to. Jezus jednak wypowiedział się z całym spokojem i zobowiązał wszystkich , którzy Go kochali , by wzięli w siebie Jego istnienie , którym żyje , by czerpali z Niego życie. Całe Jego istnienie , ze wszystkimi odczuciami , myślami , pragnieniami , aktami poznawczymi i uczuciami miało stać się duchowym pożywieniem Jego przyjaciół. Życzył sobie zatem i żądał tego włąśnie , co w naszym fenomenologicznym objaśnieniu miłości ludzkiej okazało się wewnętrznie niemożliwe. Czy może nie zastanowił się nad tym wszystkim i działał pod wpływem impulsu , pochodzącego z chwilowego zamętu myślowego? Wielu uczniów opuściło Go po Jego mowie o chlebie życia w Kafarnaum. Pozwolił im odejść , nie cofnął żadnego słowa z tego , co powiedział. Przed śmiercią , podczas Ostatniej Wieczerzy , nadał nawet swojemu żądaniu rangę sakramentu. Musiał zatem bardzo głęboko być świadom tego , co mówi i czyni. Rozważając rozmowę o chlebie życia , zrelacjonowaną w szóstym rozdziale Ewangelii według Jana , nie można oprzeć się wrażeniu : oto mówi człowiek w całej pełni świadomości , ktoś , przed czyimi oczami nie jest zakryta niesamowitość tego , mówi i czyni. Tak więc istnieją tylko dwie możliwości zrozumienia tego człowieka z Nazaretu: albo tak bez reszty nienawidził swoich przyjaciół , że był zdolny uczynić coś takiego , a w takim razie jest tylko człowiekiem złym , albo kochał swoich bliskich miłością dojrzałą i głęboką , w takim razie jednak jest kimś nieskończenie większym niż tylko człowiekiem. W ten sposób dochodzimy do drugiej kwestii , do odpowiedzi na pytanie , czy Jezus rzeczywiście kochał.

      Nakreślmy teraz , oszczędnymi kreskami ową postać wewnętrzną Jezusa , którą Paweł nazywa "dobrocią i łaskawością" (Tt 3,4), i która w istocie była wielką i dobroczynną miłością. W Ewangelii niewiele mówi się o odczuciach. Dlatego nade wszystko musimy postarać się odtworzyć atmosferę , jaka istniała wokól Jezusa. W najzwyklejszych zdarzeniach życiowych ujawnia się usposobienie , charakter serca. W prostych działaniach Jezusa odkrywamy prawdziwość i głębię Jego miłości , wykluczając w sposób bezwzględny istnienie w Nim nienawiści.

     Spotkanie Jezusa z Jego uczniami odbyło się bardzo prosto. Dwaj uczniowie Jana Chrzciciela poszli za Jezusem i zapytali "Nauczycielu gdzie mieszkasz? Rzecze do nich: "Chodźcie a zobaczycie".Poszli więc i zobaczyli gdzie mieszka , i tego dnia pozostali u Niego" (J1,38-39). Piotr i Andrzej rzucili wszystko na jedno słowo Jezusa (Mt4,18,20). W podobny sposób poszli za Nim dwaj synowie Zebedeusza (Mt4,21-22).Lud szedł za Nim na pustynię , nie bacząc na brak pożywienia. Niewątpliwie w zdarzeniach tych Jezus promieniował jakąś wielką siłą przyciągania ludzi. Z owych przypadkowych spotkań stopniowo wytworzyła się wokół Jezusa wspólnota ludzka. Pierwsze przejawy zyczliwości powoli zmieniały się w postawy bardziej pohłębione. Ich drogi spotykały się coraz częściej. Pierwsze utarczki z faryzeuszami skuwały małą grupę coraz ściślejszymi więzami. I wtedy , długo przygotowywany , choć zupełnie nieoczekiwanie , nastąpił przełom ku miłości: "Potem wyszedł na górę i przywołał do siebie tych , których sam chciał , a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu , aby Mu towarzyszyli , by mógł ich wysłać na głoszenie nauki" (Mk3,13-14;por.też Mk 10,1-4; Łk 6,12-16). To było początkiem współbytowania , początkiem jedności bytu w miłości. I rzeczywiście od owego momentu Jezus nazywa tych ludzi przyjaciółmi:"Lecz mówię wam, przyjaciołom moim:..." Łk12,4). Pojawiło się owo "wzajemne bycie w sobie" , owa "obustronna zamienność" osób , która możliwa jest tylko w miłości: "Kto was przyjmuje mnie przyjmuje" (Mt 10,40). "Kto was słucha mnie słucha, a kto wami gardzi , mną gardzi" (Łk 10,16). Nawet zdrajcę , już przy końcu , Jezus jeszcze nazwał przyjacielem: "Przyjacielu , po coś przyszedł?" (Mt 26,50).

     W małej grupce urzeczywistniła się szczególna atmosfera otwartości. Jezus powiedział: "Już was nie nazywam sługami , bo sługa nie wie , co czyni pan jego , ale nazwałem was przyjaciółmi , albowiem oznajmiłem wam wszystko , co usłyszałem od Ojca mojego" (J 15,15). Uczniowie dowiadywali się od niego o Jego przeżyciach osamotnienia , o kuszeniu na pustyni lub o rozmowach , które prowadził z innymi , na przykład z Nikodemem. Jezus chciał , by Jego przyjaciele rozumieli Go bez reszty i wyjawiał im - jak w swych wielkich mowach pożegnalnych - najgłębszą treść swej duszy. Na pewno nie należało do najmniejszych spośród Jego cierpień to , na co wskazuje Łukasz : "Oni jednak nic z tego nie zrozumieli" (Łk 18,34). Będzie o tym mowa szerzej w innym miejscu. Owa pełna miłości postawa Jezusa była jednak zupełnie pozbawiona natarczywości , dyskretna. Nie chciał narzucać nikomu swojej przyjaźni. Odpowiedź uczniów miała być naprawdę wolna i własna , to znaczy miała być odpowiedzią miłości. Kiedy zabrakło odzewu Jezus ich nie zatrzymywał (J 6,67). Wciąż jednak spodziewał się , że pozostaną przy Nim a nawet wyraźnie ich prosił :"Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie i czuwajcie ze mną" (Mt 26,38). 

      Miłość ta oznaczała dla Jezusa ostateczną wartość ,źródło sensu. Był gotów wszystko za nią poświęcić. Sistry Jego przyjaciela , Łazarza , posłały po Niego wiadomość:"Panie oto choruje ten , którego Ty kochasz". Zagrożony śmiercią przez ukamienowanie , poszedł Jezus do judei, "bowiem miłował Martę i jej siostrę , i Łazarza". Uczniowie , daremnie usiłowawszy Go zatrzymać , poszli z Nim: "Idźmy także i my , aby razem z Nim umrzeć" , A kiedy Jezus zapłakał , a potem "znowu głęboko wzruszony" stał przed grobem , Żydzi rzekli : "Oto jak go miłował" (J11,1-44). Miłość do swoich bliskich znaczyła dla Jezusa więcej niż śmierć. Podczas pojmania prosił żołnierzy: "Jeżeli więc mnie szukacie , pozwólcie tym się oddalić" (J18,8). Aż do końca żył w świadomości , iż Jego miłość stanie sie przyczyną Jego śmierci: "Nikt nie ma większej miłości od tej , że ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich" (J15,13). Ofiarę tę pojmował jednak jako dobrowolny dar miłości: "Nikt mi go nie zabiera , lecz Ja je od siebie oddaję" (J10,18).

      Ujęty ową dobrocią i przyjaznością Jezusa , tworzył się powoli wokół Niego krąg kochających przyjaciół. Były wśród nich także kobiety: Maria , Marta , kobieta z alabastrowym flakonem , Samarytanka i wiele innych. Grupa "świętych kobiet" , jak określa je Ewangelia według Marka , towarzyszyła Mu w Jego podróżach , usługiwała Mu i troszczyła się o liczną wspólnotę. Kobiety te wytrwały  , towarzysząc Mu aż do końca. Miał też przyjaciół , którzy nie byli stałymi uczestnikami Jego dróg , lecz których często nawiedzał. I była wreszcie niemała liczba ludzi napiętnowanych przez opinię publiczną , określnych w Ewangelii jako "celnicy i grzesznicy". Odnosi się osobliwe wrażenie , że właśnie oni okazywali Jezusowi  najwięcej miłości i zrozumienia. Z ich powodu atakowali Jezusa ci , którzy reprezentowali panujące poglądy ("On przyjmuje grzeszników i jada z nimi"), Nigdy jednak nie zbijało to Jezusa z tropu. Kiedy sytuacja stała się nazbyt już dla Niego niebezpieczna , wycofał się ze swymi przyjaciółmi w okolice , w których możni nie mogli go dosięgnąć:"Po wyjściu stamtąd podróżowali przez Galileję , a On nie chciał , aby ktoś o tym wiedział. Pouczał bowiem swych uczniów...(Mk 9,30-31).

     W niewielkim kręgu przyjaciół czuł się bezpieczny: z dala od ludzi , którzy bez przerwy Go szpiegowali , zadawali pytania pełne nienawiści , przekręcali na opak Jego słowa , denuncjowali Go przed zwirzchnością; daleko od ludu , który nie był zdolny pojąć w całej czystości Jego posłannictwa i coraz bardziej zatracał wiarę w Niego. Jest coś poruszającego w owej niezwykłej cierpliwości - a jest to cecha właściwa miłości bardzo wielkiej - z jaką starał się wprowadzić w tajemnice swojego zycia owych ociężałych ludzi , których objął swoją przyjaźnią. Wystarczały Mu zupełnie niepozorne zdarzenia i fakty - na przykład małe dziecko , które usiadło na Jego kolanach - dla tłumaczenia im i wpajania istoty Jego posłannictwa.Nauczał ich także modlitwy i sam modlił się w ich obecności w chwilach wielkiego natężenia , na przykład po powrocie siedemdziesięciu dwóch (Łk 10,1-22), po wydarzeniach w domu Łazarza (J 11,41), w mowach pożegnalnych . Roztaczał wokół siebie wielką dobroć , nie było jednak w niej nic uległego , wdzięczącego się , słodkawego. Jego miłość potrafiła być twarda i ostra: oburzył się , gdy uczniowie zabraniali dzieciom dostępu do Niego (Mk 10,13-14); nie mógł znieść i ostro reagował gdy działaniami Jego uczniów kierowała zazdrość (Łk 9,49-50) lub kiedy kiedy popadali w spory o pierwszeństwo (Mk10,35-45); wręcz uniósł się gniewem , gdy Jakub i Jan chcieli się posłużyć ogniem z nieba w odwet za niegościnność mieszkańców miasteczka w Samarii: "Lecz On odwróciwszy się zabronił im" (Łk 9,55); potrafił nawet udzielić najostrzejszej odprawy i odmowy , jak na przykład Piotrowi:"Zejdź mi z oczu szatanie; jesteś mi zawadą , bo nie myślisz tego , co Boże , ale to , co ludzkie" (Mt 16,23). Owa ostrość jest jednak tylko czystością i prostolinijnością bardzo wielkiej miłości , krystalicznością duszy , która nie pogrąża się w egoizmie i właśnie dlatego prawdę , nawet twardą , potrafi wypowiedzieć spokojnie i uzdrawiająco.

      A równocześnie miłość tę znamionowała ogromna czułość i delikatność. Ona spowodowała wzięcie w obronę Marii przed uczniami w domu szymona Trędowatego: "Czemu sprawiacie przykrość tej kobiecie ?.Dobry uczynek spełniła mnie" (Mt 26,10). Jezusa szczególnie pociągali słabi i opuszczeni: "ujrzał tłum wielki i zlitował się nad nim, gdyż byli jak owce nie mające pasterza" (Mk 6,34); Pragnął ratować zgubionych: "I ja ciebie nie potępiam. - Idź , a od tej chwili już nie grzesz" (J 8,11); nie potrafił spokojnie przyglądać się wyniosłemu i odpychającemu traktowaniu biednej , skruszonej grzesznicy przez grono ludzi o zimnych sercach i zaślepionych duszach (Łk 7,36-50). W takich chwilach ujawniała się miłość Jezusa w całej swojej subtelności i szlachetnej powściągliwości.

cdn.