sobota, 23 kwietnia 2005
MIŁOŚĆ (część III)

      W przerażającym zagrożeniu śmiercią , podczas Ostatniej Paschy , która Jezus "pragnął gorąco" (Łk 22,15) spożyć ze swoimi przyjaciółmi, miłość Jezusa objawiła się w słowie i czynie z niezwykłą mocą. Jezus wiedział , że z przyjaciółmi swoimi przebywa po raz ostatni. Chciał okazać im , że "do końca ich umiłował" (J 13,1). W swojej mowie pożegnalnej szyntetyzował całą swoją postawę w nakazie wyrażającym wszystko , co przeżyli wspólnie ze sobą  we wszystkich dniach i miesiącach pięknych i trudnych , odświętnych i zwykłych: "Dzieci , jeszcze krótko jestem z wami...Przykazanie nowe daję wam , abyście się wzajemnie miłowali. Po tym wszystkim poznają żeście uczniami moimi , jeśli będziecie się wzajemnie miłowali" (J 13,33-35). Rzekł , iż nie chce , by trwożyło się serce uczniów Jego (J 14,1); Obiecał im pocieszenie , które przyniesie im Duch Prawdy , którego świat nie widzi i nie zna (J 14,27) i wielokrotnie powtarzał przykazanie miłości (J 15,10.12.17). jak gdyby zapomniawszy o swoim przeznaczeniu , starał się wyprowadzić umysły swoich przyjaciól z zamieszania , sprawić ulgę ich sercom , napełnionych smutkiem (J 16,6) i objawiał im swoją miłość także w najdrobniejszych rzeczach , jakie wyświadczał im podczas Ostatniej Wieczerzy. W takiej sytuacji została ustanowiona Eucharystia , największe dokonanie miłości Jezusa , pocieszającej , obdarowującej i altruistycznej.

     Nakreśliliśmy tutaj w kilku rysach ludzką miłość Jezusa. Owe zaznaczone kontury nie mogły w żaden sposób stworzyć pełnego obrazu. naszym zamiarem było jedynie szkicowe przedstawienie postaci Jezusa. Zasadniczym spoiwem tego życia była miłość: zawładnęła ona wszystkim , przepoiła i złączyła w zgodną całość wszystko. Była aktem istnienia Jezusa na świecie.

     Jeżeli rzecz tak się przedstawia , to wobec Jezusa z Nazaretu zawieść musi nasze ludzkie pojmowanie. Doszliśmy do alternatywy:Jeżeli Jezus życzył sobie tego , co wypowiedział w mowie o chlebie życia w Euchrystii , to albo musiał na ludzki sposób nienawidzić swoich przyjaciól , albo , jeśli jednak serdecznie i dojrzale ich kochał (i obstawał wciąż przy żadaniu wyrażonym w związku z Eucharystią) , wówczas nie jest możliwe zrozumienie  Go przy pomocy ludzkich pojęć , to znaczy , że w takim razie był zasadniczo inny niż ktoś będący tylko człowiekiem. Po naszych wywodach o miłości Jezusa pierwsza możliwość musi ulec wykluczeniu. Tak więc w doczesnej postaci jezusa odsłania się wyższy związek znaczeniowy: W Jego człowieczym istnieniu objawia się to, co w miłości "nadziemskiej" całkowicie odmienne, niepojmowalne w ludzkich kategoriach.

Ladislaus Boros "Odkrywanie Boga" , Instytut Wydawniczy PAX Warszawa 1974 r.

MIŁOŚĆ ( część II)

     Ta wielkość miłości jest jednak zarazem jej zagrożeniem. Stworzenie ludzkie w swojej doczesnej kruchości , w swoim przemijalnym istnieniu staje się dla nas w miłości "przedmiotem" naszego dążenia do nieskończoności. Wymóg , którego naprawdę żaden człowiek nie może spełnić. Człowiek musi w sposób nieunikniony rozczarowywać miłość , która płynie ku niemu i nie może w swojej metafizycznej istocie sprostać takiej miłości , dorosnąć do niej. Przetrzymać owo rozczarowanie miłości i pomimo to wypowiedzieć istotne słowa miłości : "jesteś bez granic" - oto największy czyn ludzkiego serca. Zwie się on wiernością. I zgodnie ze swoją istotą wymaga spełniania aż do śmierci. Wymóg ten oznacza wielką udrękę ludzkiego serca i mroczny chaos uczuć , szczególnie wtedy , gdy brak miłości wzajemnej surowo ukazuje mu , że ów ktoś ukochany nie wznosi się ku temu , czym mógłby i powinien być. To bolesne doświadczenie było zawsze udziałem wszystkich , którzy kochali naprawdę. Stąd ich usiłowania , ażeby w ponawianych co dzień zmaganiach z bezpośrednią oczywistością ("widzę twoją ograniczoność"), w wierności praktykowanej na codzień , z godziny na godzinę , budować wciąż na nowo swoją miłość (i mówić "jesteś bez granic"). Jeśli ten , kto kocha , zaniedba owego zmagania się z własnym sercem - a trzeba je przezwyciężać stale , wciąż od nowa - wówczas może się zdarzyć , że człowiek , którego niegdyś szlachetnie i prawdziwie kochał , nagle , w jakimś momencie , stanie się dlań niedostrzegalny. Będzie przechodził obok niego przez lata i przez dziesiątki lat ( w najlepszym razie z uprzejmym brakiem zainteresowania), nie dostrzegając bezradnych spojrzeń , nie słysząc błagalnych wołań drugiego. Prawdziwa miłość urzeczywistnia się zawsze i tylko w wierności; we wspólnocie trwającej aż do śmierci.

    Nakreślona tutaj w sposób szkicowy postać miłości urzeczywistnia się w całej swojej glębi tam wszędzie , gdzie kocha się poważnie i uczciwie. W chaosie ludzkiej egzystencji często wprawdzie postać ta nie dochodzi do pełni swojego wyrazu , lecz żyje w najgłębszym odczuciu samych kochających. Nie wszystko to , czego próbowaliśmy tutaj dociec na temat tajemnicy miłości , ma bezpośredni związek z tokiem naszego dowodzenia. Jednakże trzeba było o tym napomknąć , po to , by uzyskać widzenie istoty tego , co właściwie zawiera miłość. Miłość oznacza wymianę bytów. Byt jednej osoby zostaje zbudowany z "materii bytu" drugiej. I proces ten nie jest procesem rozgrywającym się jedynie na płaszczyźnie psychologicznej. Byt osoby kochającej jest metafizycznie "współbytem" ; osoba kochana jest ontologicznym współgruntowaniem stanu bytu osoby kochającej . Tutaj , z uwagi na omówione przed chwilą niebezpieczeństwa , powstaje nowy wymóg , jaki niesie ze sobą ludzka miłość: by dawać osobie kochanej tylko to , co we własnym istnieniu jest jasne i czyste. Człowiek kochający , w którym miłość rozbudziła samopoznanie , głęboko spogląda we własną egzystencję. Widzi upadek , samolubstwo , żądzę władzy , słabość , ubóstwo własnego istnienia , ociężałość serca i - najgłębiej - zło. Z pełną odpowiedzialnością musi sam sobie postawić pytanie , czy darowując siebie samego nie przekazuje drugiej osobie tego , co w jego bycie nosi znamię upadku. Obawia się o to tym więcej , im bardziej kocha drugą osobę, im bardziej nie chce zakazić jej lub zatruć amętem własnego istnienia. Ukochana osoba ma być z dala od tego , nieskażona i rozświetlona ; niech rozwija się w niej to co czyste. Kochając , będzie się trwało nadal, rzecz jasna , w ciągłym darowywaniu samego siebie , w twórczej wierności. Ale darowanie to ulega przytłumieniu , wymaga ciągłego doskonalenia. Do drugiej osoby powinno przenikać tylko to , co czyste , godne , kształtujące byt. Tym samym w naszym fenomenologicznym objaśnieniu ludzkiej miłości doszliśmy do miejsca , w którym raz jeszcze z całą ostrością musimy postawić początkowe pytanie: czy człowiekowi , który kocha głęboko , uczciwie i dojrzale , wolno chcieć , aby ktoś drugi czerpał z niego istnienie , które  przeżywa na tym świecie.

       Pozostawmy na uboczu kwestię , czy i jak w rzeczywistości można pragnienie to spełnić. Chodzi nam jedynie o egzystencjalną możliwość takiego chcenia. Czy wolno człowiekowi chcieć takiego chcenia , by istniał tego rodzaju stosunek pomiędzy nim a kimś , kogo on kocha? Nasza odpowiedź brzmi: żaden naprawdę kochający człowiek nie odważyłby się na to. Jezus jednak wypowiedział się z całym spokojem i zobowiązał wszystkich , którzy Go kochali , by wzięli w siebie Jego istnienie , którym żyje , by czerpali z Niego życie. Całe Jego istnienie , ze wszystkimi odczuciami , myślami , pragnieniami , aktami poznawczymi i uczuciami miało stać się duchowym pożywieniem Jego przyjaciół. Życzył sobie zatem i żądał tego włąśnie , co w naszym fenomenologicznym objaśnieniu miłości ludzkiej okazało się wewnętrznie niemożliwe. Czy może nie zastanowił się nad tym wszystkim i działał pod wpływem impulsu , pochodzącego z chwilowego zamętu myślowego? Wielu uczniów opuściło Go po Jego mowie o chlebie życia w Kafarnaum. Pozwolił im odejść , nie cofnął żadnego słowa z tego , co powiedział. Przed śmiercią , podczas Ostatniej Wieczerzy , nadał nawet swojemu żądaniu rangę sakramentu. Musiał zatem bardzo głęboko być świadom tego , co mówi i czyni. Rozważając rozmowę o chlebie życia , zrelacjonowaną w szóstym rozdziale Ewangelii według Jana , nie można oprzeć się wrażeniu : oto mówi człowiek w całej pełni świadomości , ktoś , przed czyimi oczami nie jest zakryta niesamowitość tego , mówi i czyni. Tak więc istnieją tylko dwie możliwości zrozumienia tego człowieka z Nazaretu: albo tak bez reszty nienawidził swoich przyjaciół , że był zdolny uczynić coś takiego , a w takim razie jest tylko człowiekiem złym , albo kochał swoich bliskich miłością dojrzałą i głęboką , w takim razie jednak jest kimś nieskończenie większym niż tylko człowiekiem. W ten sposób dochodzimy do drugiej kwestii , do odpowiedzi na pytanie , czy Jezus rzeczywiście kochał.

      Nakreślmy teraz , oszczędnymi kreskami ową postać wewnętrzną Jezusa , którą Paweł nazywa "dobrocią i łaskawością" (Tt 3,4), i która w istocie była wielką i dobroczynną miłością. W Ewangelii niewiele mówi się o odczuciach. Dlatego nade wszystko musimy postarać się odtworzyć atmosferę , jaka istniała wokól Jezusa. W najzwyklejszych zdarzeniach życiowych ujawnia się usposobienie , charakter serca. W prostych działaniach Jezusa odkrywamy prawdziwość i głębię Jego miłości , wykluczając w sposób bezwzględny istnienie w Nim nienawiści.

     Spotkanie Jezusa z Jego uczniami odbyło się bardzo prosto. Dwaj uczniowie Jana Chrzciciela poszli za Jezusem i zapytali "Nauczycielu gdzie mieszkasz? Rzecze do nich: "Chodźcie a zobaczycie".Poszli więc i zobaczyli gdzie mieszka , i tego dnia pozostali u Niego" (J1,38-39). Piotr i Andrzej rzucili wszystko na jedno słowo Jezusa (Mt4,18,20). W podobny sposób poszli za Nim dwaj synowie Zebedeusza (Mt4,21-22).Lud szedł za Nim na pustynię , nie bacząc na brak pożywienia. Niewątpliwie w zdarzeniach tych Jezus promieniował jakąś wielką siłą przyciągania ludzi. Z owych przypadkowych spotkań stopniowo wytworzyła się wokół Jezusa wspólnota ludzka. Pierwsze przejawy zyczliwości powoli zmieniały się w postawy bardziej pohłębione. Ich drogi spotykały się coraz częściej. Pierwsze utarczki z faryzeuszami skuwały małą grupę coraz ściślejszymi więzami. I wtedy , długo przygotowywany , choć zupełnie nieoczekiwanie , nastąpił przełom ku miłości: "Potem wyszedł na górę i przywołał do siebie tych , których sam chciał , a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu , aby Mu towarzyszyli , by mógł ich wysłać na głoszenie nauki" (Mk3,13-14;por.też Mk 10,1-4; Łk 6,12-16). To było początkiem współbytowania , początkiem jedności bytu w miłości. I rzeczywiście od owego momentu Jezus nazywa tych ludzi przyjaciółmi:"Lecz mówię wam, przyjaciołom moim:..." Łk12,4). Pojawiło się owo "wzajemne bycie w sobie" , owa "obustronna zamienność" osób , która możliwa jest tylko w miłości: "Kto was przyjmuje mnie przyjmuje" (Mt 10,40). "Kto was słucha mnie słucha, a kto wami gardzi , mną gardzi" (Łk 10,16). Nawet zdrajcę , już przy końcu , Jezus jeszcze nazwał przyjacielem: "Przyjacielu , po coś przyszedł?" (Mt 26,50).

     W małej grupce urzeczywistniła się szczególna atmosfera otwartości. Jezus powiedział: "Już was nie nazywam sługami , bo sługa nie wie , co czyni pan jego , ale nazwałem was przyjaciółmi , albowiem oznajmiłem wam wszystko , co usłyszałem od Ojca mojego" (J 15,15). Uczniowie dowiadywali się od niego o Jego przeżyciach osamotnienia , o kuszeniu na pustyni lub o rozmowach , które prowadził z innymi , na przykład z Nikodemem. Jezus chciał , by Jego przyjaciele rozumieli Go bez reszty i wyjawiał im - jak w swych wielkich mowach pożegnalnych - najgłębszą treść swej duszy. Na pewno nie należało do najmniejszych spośród Jego cierpień to , na co wskazuje Łukasz : "Oni jednak nic z tego nie zrozumieli" (Łk 18,34). Będzie o tym mowa szerzej w innym miejscu. Owa pełna miłości postawa Jezusa była jednak zupełnie pozbawiona natarczywości , dyskretna. Nie chciał narzucać nikomu swojej przyjaźni. Odpowiedź uczniów miała być naprawdę wolna i własna , to znaczy miała być odpowiedzią miłości. Kiedy zabrakło odzewu Jezus ich nie zatrzymywał (J 6,67). Wciąż jednak spodziewał się , że pozostaną przy Nim a nawet wyraźnie ich prosił :"Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie i czuwajcie ze mną" (Mt 26,38). 

      Miłość ta oznaczała dla Jezusa ostateczną wartość ,źródło sensu. Był gotów wszystko za nią poświęcić. Sistry Jego przyjaciela , Łazarza , posłały po Niego wiadomość:"Panie oto choruje ten , którego Ty kochasz". Zagrożony śmiercią przez ukamienowanie , poszedł Jezus do judei, "bowiem miłował Martę i jej siostrę , i Łazarza". Uczniowie , daremnie usiłowawszy Go zatrzymać , poszli z Nim: "Idźmy także i my , aby razem z Nim umrzeć" , A kiedy Jezus zapłakał , a potem "znowu głęboko wzruszony" stał przed grobem , Żydzi rzekli : "Oto jak go miłował" (J11,1-44). Miłość do swoich bliskich znaczyła dla Jezusa więcej niż śmierć. Podczas pojmania prosił żołnierzy: "Jeżeli więc mnie szukacie , pozwólcie tym się oddalić" (J18,8). Aż do końca żył w świadomości , iż Jego miłość stanie sie przyczyną Jego śmierci: "Nikt nie ma większej miłości od tej , że ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich" (J15,13). Ofiarę tę pojmował jednak jako dobrowolny dar miłości: "Nikt mi go nie zabiera , lecz Ja je od siebie oddaję" (J10,18).

      Ujęty ową dobrocią i przyjaznością Jezusa , tworzył się powoli wokół Niego krąg kochających przyjaciół. Były wśród nich także kobiety: Maria , Marta , kobieta z alabastrowym flakonem , Samarytanka i wiele innych. Grupa "świętych kobiet" , jak określa je Ewangelia według Marka , towarzyszyła Mu w Jego podróżach , usługiwała Mu i troszczyła się o liczną wspólnotę. Kobiety te wytrwały  , towarzysząc Mu aż do końca. Miał też przyjaciół , którzy nie byli stałymi uczestnikami Jego dróg , lecz których często nawiedzał. I była wreszcie niemała liczba ludzi napiętnowanych przez opinię publiczną , określnych w Ewangelii jako "celnicy i grzesznicy". Odnosi się osobliwe wrażenie , że właśnie oni okazywali Jezusowi  najwięcej miłości i zrozumienia. Z ich powodu atakowali Jezusa ci , którzy reprezentowali panujące poglądy ("On przyjmuje grzeszników i jada z nimi"), Nigdy jednak nie zbijało to Jezusa z tropu. Kiedy sytuacja stała się nazbyt już dla Niego niebezpieczna , wycofał się ze swymi przyjaciółmi w okolice , w których możni nie mogli go dosięgnąć:"Po wyjściu stamtąd podróżowali przez Galileję , a On nie chciał , aby ktoś o tym wiedział. Pouczał bowiem swych uczniów...(Mk 9,30-31).

     W niewielkim kręgu przyjaciół czuł się bezpieczny: z dala od ludzi , którzy bez przerwy Go szpiegowali , zadawali pytania pełne nienawiści , przekręcali na opak Jego słowa , denuncjowali Go przed zwirzchnością; daleko od ludu , który nie był zdolny pojąć w całej czystości Jego posłannictwa i coraz bardziej zatracał wiarę w Niego. Jest coś poruszającego w owej niezwykłej cierpliwości - a jest to cecha właściwa miłości bardzo wielkiej - z jaką starał się wprowadzić w tajemnice swojego zycia owych ociężałych ludzi , których objął swoją przyjaźnią. Wystarczały Mu zupełnie niepozorne zdarzenia i fakty - na przykład małe dziecko , które usiadło na Jego kolanach - dla tłumaczenia im i wpajania istoty Jego posłannictwa.Nauczał ich także modlitwy i sam modlił się w ich obecności w chwilach wielkiego natężenia , na przykład po powrocie siedemdziesięciu dwóch (Łk 10,1-22), po wydarzeniach w domu Łazarza (J 11,41), w mowach pożegnalnych . Roztaczał wokół siebie wielką dobroć , nie było jednak w niej nic uległego , wdzięczącego się , słodkawego. Jego miłość potrafiła być twarda i ostra: oburzył się , gdy uczniowie zabraniali dzieciom dostępu do Niego (Mk 10,13-14); nie mógł znieść i ostro reagował gdy działaniami Jego uczniów kierowała zazdrość (Łk 9,49-50) lub kiedy kiedy popadali w spory o pierwszeństwo (Mk10,35-45); wręcz uniósł się gniewem , gdy Jakub i Jan chcieli się posłużyć ogniem z nieba w odwet za niegościnność mieszkańców miasteczka w Samarii: "Lecz On odwróciwszy się zabronił im" (Łk 9,55); potrafił nawet udzielić najostrzejszej odprawy i odmowy , jak na przykład Piotrowi:"Zejdź mi z oczu szatanie; jesteś mi zawadą , bo nie myślisz tego , co Boże , ale to , co ludzkie" (Mt 16,23). Owa ostrość jest jednak tylko czystością i prostolinijnością bardzo wielkiej miłości , krystalicznością duszy , która nie pogrąża się w egoizmie i właśnie dlatego prawdę , nawet twardą , potrafi wypowiedzieć spokojnie i uzdrawiająco.

      A równocześnie miłość tę znamionowała ogromna czułość i delikatność. Ona spowodowała wzięcie w obronę Marii przed uczniami w domu szymona Trędowatego: "Czemu sprawiacie przykrość tej kobiecie ?.Dobry uczynek spełniła mnie" (Mt 26,10). Jezusa szczególnie pociągali słabi i opuszczeni: "ujrzał tłum wielki i zlitował się nad nim, gdyż byli jak owce nie mające pasterza" (Mk 6,34); Pragnął ratować zgubionych: "I ja ciebie nie potępiam. - Idź , a od tej chwili już nie grzesz" (J 8,11); nie potrafił spokojnie przyglądać się wyniosłemu i odpychającemu traktowaniu biednej , skruszonej grzesznicy przez grono ludzi o zimnych sercach i zaślepionych duszach (Łk 7,36-50). W takich chwilach ujawniała się miłość Jezusa w całej swojej subtelności i szlachetnej powściągliwości.

cdn.

czwartek, 21 kwietnia 2005
MIŁOŚĆ (część I)

     Centralną tajemnicą każdego człowieka jest miłość.Jak Jezus z Nazaretu spełniał tę zasadniczą postawę ludzką, w której człowiek uzyskuje swoją ostateczną właściwość, a którą nazywamy miłością? Spróbujmy przestawić to tutaj, w pierwszym rozdziale. Okaże się , że Jezus kochał zgoła "inaczej" niż wszyscy inni ludzie, że jest niemożliwe, abyśmy mogli pojmować Go tylko jako człowieka.

     W mowie eucharystycznej o chlebie życia (J 6,25-58) powiedział Jezus , że da swoje konkretne istnienie cielesno-duchowe na ziemi jako nową podstawę żywota i jako pokarm. Pokarm oznacza w tym kontekście spójność i intymność związku osobowego, stworzonego przez wiarę i miłość: afirmowane w miłości i przyjęte "Ty" Jezusa ma być dla człowieka siłą karmiącą i dającą mu życie. Jezus wzbraniał się przed osłabieniem tego ogromnego, niezwykłego żądania, względami na czysto ludzkie momenty. "Odtąd wielu uczniów Jego odpadło i już z Nim nie chodziło" (J 6,66). Wzmocnił nawet swoje żądanie przez ustanowienie Eucharystii (Mt 26, 26-28) (Mk 14,22-24; Łk 22,19-20; 1 Kor 11,23-26). 

     W analizie filozoficznej nie możemy rozważyć pełnego znaczenia tego postępowania Jezusa. Dlatego wyłączamy kwestię, czy i jak takie zjednoczenie (łączność i komunia) może mieć miejsce. Jest to pytanie należące do teologii. Z filozoficznego punktu widzenia zajmujemy się tutaj duchową postawą Jezusa, leżacą u podstaw tego żądania. Pytanie nasze brzmi: czy jest możliwe, by w ogóle jakiś człowiek chciał czegoś takiego? Czy jakikolwiek człowiek może powiedzieć : "Miłuję ciebie tak bardzo, że pragnę, byś całkowicie ze mnie żył, tak jak z pokarmu"? Czy w kategoriach ludzkich można czegoś takiego pragnąć, więcej żądać? Przemyślmy to.

     Cenną wskazówkę daje nam Romano Guardini: "Wierzący ma żyć Chrystusem i dlatego ma "Jego pożywać". Istota Chrystusa jest więc substancją życia wiecznego. Jaka świadomość istotności! Jaka swiadomość czystości...Gdybyśmy zapytali kochającego człowieka: "Czy zechciałbyś oddać temu , kto ci jest drogi , wszystko co posiadasz?", wówczas niewątpliwie wyraziłby zgodę..." Czy zechciałbyś siebie dla niego ofiarować ?" I na to pytanie , w miarę swej miłości , odpowiedziałby pozytywnie..."Czy zechciałbyś , żeby on ciebie , twój konkretny byt , przyjął jako pokarm swego życia?" Tu ogarnęłoby go zdumienie! Mówimy o rzeczywiście wspaniałomyślnym człowieku  , który nie zna ani tchórzostwa, ani egoizmu. Właśnie on musiałby postawić sobie pytanie: "Czy jestem taki , żebym mógł wypełnić sobą tego , którego tak bardzo kocham?" Czy w tej chwili nie odczułby w głębi swojej istoty tego wszystkiego , co zawiłe , złe , nieczyste i czy nie broniłby się przed udzielaniem tego wszystkiego tamtemu człowiekowi? Czy nie lękałby się , że stanie się dla niego trucizną? Jezus zaś mówił: "Jeśli nie będziecie pożywać ciała mego i nie będziecie pić krwi mojej, nie będziecie mieć życia w sobie".

     Wskazówka ta przydała jeszcze ostrości naszemu pytaniu. Czy człowiek , który kocha naprawdę i w sposób dojrzały , może wypowiedzieć i pragnąć tego , co wypowiedział i czego żądał Jezus w mowie eucharystycznej, kiedy mówił o chlebie życia , i podczas ustanowienia Euchrystii? I na odwrót , czy mozna Jezusa uważać za zwyczajnego człowieka , jeśli kocha naprawdę , a pomimo to wyraźnie mówi i chce tego , co czytamy w Ewangelii? Przypomnijmy: nie chodzi nam o rozważenie teologicznej prawdy ustanowienia Euchrystii. Pytamy jedynie , czy w ogóle jest możliwe , by ktoś , kto kocha , wyrażał tego rodzaju życzenia i żądania? Aby na to pytanie odpowiedzieć , musimy rozważyć dwie kwestie.Niezbędne jest najpierw wyjaśnienie pojęcia ludzkiej miłości , a dopiero wtedy możemy się zastanowić , czy Jezus rzeczywiście kochał. Pierwszym krokiem naszych rozmyslań , pierwszym rozważaniem , jest zatem fenomenologiczne wyjaśnienie ludzkiej miłości.

     Wcale nie jest łatwo nakreślić jasny jednoznaczny obraz ludzkiej miłości. Trudno to uczynić chociażby dlatego , że miłość jest czymś bardzo bliskim naszemu sercu. A to , co najbliższe , dostrzega się najtrudniej. To nie jedyna trudność. Miłość objawia się w postaciach niezwykle różnorodnych i dopuszcza też różne interpretacje. Cóż więc począć? Pomóc może jedynie prostota , z jaka zapytamy: co się dzieje właściwie , gdy się kocha? A dokładniej: co rozumie przez swoją miłość ten , który kocha , wbrew wszystkim mrokom i zawikłaniom ,  które kryje jego świadomość miłości?

     Tym , co na samym wstępie zaskakuje nas w zjawisku miłości, jest wyjątkowa niejasność co do tego , dlaczego kocha się tego właśnie człowieka. Dwoje ludzi , każdy sam w sobie stanowi zamkniętą całość. Wyrośli w odmiennych warunkach , są nosicielami różnych losów , wykonują inne zawody , różnie są ukształtowani wewnętrznie. Dominuje między nimi odmienność. Nagle zdarza się coś zupełnie nowego: rzeczywista jedność miłości. Jak to się stało , że nastąpiło owo przejście , jak przebigało? Najprawdopodobniej nie będą umieli tego powiedzieć. Może rozmawiali ze sobą; przypuszczalnie o rzeczach bez znaczenia. I naraz "to właśnie" zaistniało między nimi. Przedtem byli tylko "obok siebie" , teraz są "wzajemnie ze sobą". Czy stało się to za sprawą jakiejś cechy zewnętrznej? Czy przejęło kogoś brzmienie głosu drugiej osoby , powierzchowność , ludzkie ciepło , jakie roztacza? Na pewno też , ale nie tylko. Inni są nawet , widziani wyłącznie od zewnątrz , przyjemniejsi , bardziej pociągający , piękniejsi. Powierzchowność odgrywa rolę. Przybliża ludzi do siebie. Nie potrafi jednak wytworzyć tego , co w miłości istotne. Więc może dzieje się to raczej za sprawą właściwości duchowych drugiej osoby , jej formatu duchowego , powabu jej wnętrza , ciekawych rozmów , ktróre prowadzi , lub ujmującego milczenia , do którego jest zdolna? Inni wszakże są inteligentniejsi , bardziej wielkoduszni , bardziej ujmujacy. Pomimo wszystko ten człowiek kocha tę właśnie , a nie inną osobę i właśnie taką , jaka jest. Będzie ją kochał również i wtedy, gdyby tak się stało , że wypadek zniszczy jej urodę , nawet gdy jakaś ciężka choroba lub inne nieszczęście zniweczy jej pamięć , jej inteligencję lub poczytalność. Będzie kochać , nawet gdy ten drugi człowiek stanie się zły , popełni przestępstwo. Może wtedy będzie kochać jeszcze bardziej , miłością czystszą , większą , jeszcze bardziej potrzebną , czulszą. Na czym polega istota miłości?

    Z tego , co powiedziano , wynika jasno , że na płaszczyźnie motywacji psychologicznych , w oparciu o właściwości osób , na pytanie to nie potrafimy odpowiedzieć. Miłość jak wiemy , obejmuje nie jakiś wycinek egzystencji, lecz całość bytu ukochanej istoty. W miłości uchwytujemy to , co ostateczne , niemożliwe do uzyskania przez zestawienie właściwości , cech charakterystycznych i poczynań , choć często co prawda wymienia się te powody dla objaśnienia "motywacji" uczucia miłości. Poszukujemy powodów , o ile nie możemy pojąć istoty; w ten sposób , nie mogąc dotrzeć do tego , co stanowi istotę miłości, usiłujemy wyobrazić ją sobie przez analogię do innych aktów duchowych. Dopóki jednak kontakty osób pozostają tylko na płaszczyźnie cech, dopóty możemy określać je jako sympatię , podziw , uwielbienie czy w jakiś jeszcze inny spsób , lecz nigdy nie przystoi im nazwa "miłość". Gdy zbierzemy razem wszystkie nasze skłonności , jakie mamy dla poszczególnych cech ukochanej istoty , z sumy tych skłonności nigdy nie wyniknie to , co stanowi właściwą "miłość". W miłości przełamuje się powierzchnię , to znaczy cechy , i osiąga się ów punkt , w którym osoba ludzka istnieje jako osoba. Nie ma innej odpowiedzi na nasze pytanie. Ten oto człowiek kocha inną osobę, ponieważ to jest "ta właśnie"; poszukuje tego , co stanowi jej ja , poszukuje tego , co stanowi o tym , że ona jest ową niepowtarzalną , tą tylko osobą. Kochać , to znaczy powiedzieć : dobrze , że ty jesteś Ty. Tak dobrze. Dlaczego? Czy ten , który kocha , staje się przez to bogatszy , uzyskuje z tego jakieś korzyści , postępuje szybciej w swojej karierze? Nie , nie tak jest dobre to , że ktoś drugi istnieje. W takim razie jak , w jaki sposób? Czy dla kochającego istnienie drugiej osoby dlatego jest dobre , że może być przy niej takim , jakim jest , dlatego , że niczego od niego nie chce , dlatego , że go wyzwala? Również i to nie jest istotą miłości. Nie daje mu ona niczego przedmiotowego , żadnego "czegoś"; to on , poniekąd nie był "samym sobą" , "Był" niejako owymi rolami , które musiał grać wobec świata i wobec siebie. Odkąd kocha - znalazł własne oblicze.Kocha i dlatego jest sobą. A druga osoba doznaje tego samego , odkrywa dzięki niemu to samo. Także ona "jest"; w uzyskanej mocy znajduje poczucie siebie samej , odkąd zaistniała między nimi miłość. Otrzymać od kogoś drugiego we wzajemnym darze samego siebie - w tym wyraża się coś bezcennego , czego ocenić się nie da. Kiedy ich "ja" zamieniają się w "my" , oboje "są". Ich byt jest "byciem ze sobą".

      Miłość istnieje więc dopiero wtedy, gdy dwie osoby , myślą i mówią o sobie , posługują się słowem "my" wyraża stanowcze zobowiązanie: chcę być "z" tobą i pragnę twojego bycia "ze" mną. Od tego momentu zależę od ciebie i pozostaję do twojej "dyspozycji". Poczawszy od teraz nie będziesz nigdy w osamotnieniu; nawet jeśli oddzielać będzie nas przestrzeń i nawet gdy rozdzieli nas śmierć , pozostanę z tobą. I wiem , że pozostanę w tobie na zawsze , że w twoich rękach znajdę pewniejszą osłonę i schronienie niż w moich własnych.

     Owo "my" języka miłości stwarza nową przestrzeń istnienia nie jest czymś zwyczajnie "danym". Powstaje ona jako wynik własnowolnego darowania siebie samego. Wynika z postawy i z dążenia ku temu , by nie traktować drugiej osoby jako przedmiotu posiadania , jako rzeczy. Miłość spełnia się pod znakiem "nie-siły". Rezygnuje ona z wszelkich "mocnych chwytów" i unika wszelkiego dążenia do brania drugiej osoby w niewolę. Przeciwnie , miłość ofiarowuje , nie jest jak jakakolwiek rzecz , lecz "ona sama" , miłość. W istocie , daruje ona nie ciało , nie talenty , przymioty , bogactwa lub cokolwiek innego ze sfery "posiadania" , lecz to , co najistotniejsze w osobie ludzkiej , jej ja. W tym czystym akcie darowania przedmiotem daru staje się człowiek. Druga osoba otwiera siebie , daruje siebie również , i to jest łaska. Dla każdego jest jasne , że nie jest możliwe , by mógł kiedykolwiek zasłużyć na owo obdarowanie , w którym druga osoba otwiera przed nim to , co w niej najgłębsze , najistotniejsze. To właśnie jest świetliste i cudowne w miłości. Darem , który zostaje ofiarowany , sięgając dogłębnie , jest zawsze sam obdarowujący. Blask owego samodarowania przenika świetlistością wszystkie inne dary , jakie może człowiek otrzymać w miłości. Rzeczywiste darowanie dzieje się tutaj nie na płaszczyźnie własności i posiadania , lecz na wysokościach bytu. Byt drugiej osoby wychodzi nam na przeciw pod postacią darów , choćby jeszcze bardzo małych; miłość je opromienia i czyni z nich pomost do współistnienia osób; dary ofiarowującej się miłości dopływają do nas od drugiej osoby niby fale. Dlatego ten , który kocha , nawet w przelotnym , nieznaczącym spotkaniu doznaje radości , odczuwa , że nagle rozjaśnia się cała przestrzeń jego bytu. Owa radość , owa świetlistość , są zjawiskami towarzyszącymi miłości , a jednocześnie ujawniają , że ten , który kocha , zbliża się do źródła wszelkiego bytu. 

     W ten sposób dotkneliśmy niejako krańca miłości. To co zawiera się w miłości , zdaje się nam przekraczać granice wszelkiego spełnienia egzystencjalnego. W miłości wdzieramy się w pełnię bytu , w ostateczną doskonałość. W ten sposób nosi ona znamię przekroczenia. Ostateczny cel miłości obejmuje więcej niż wszystko , co może owa miłość urzeczywistnić "teraz". Darowanie siebie samego komuś istniejącemu docześnie już jest przekroczeniem tego co ograniczone , dążeniem do nieograniczoności. Wzruszenie , jakie sprawia miłość darowująca się jest możliwe i zrozumiałe tylko wtedy , gdy odnosi się ono zawsze do jednego , absolutnego i nieuwarunkowanego bytu , jako bezwzględnego warunku jej dokonania i ciągłości. W swojej miłości człowiek , po przeciwległej stronie wszystkich rzeczy zwarunkowanych szuka tego , co bezwarunkowe; za wszystkim , co skończone , chce znaleźć powiew nieskończoności.

     Darowując siebie samego w miłości , doświadczamy najpierw uszczęśliwiającego potwierdzenia naszej doczesnej egzystencji. Kochając drugie ja czujemy , że jesteśmy w świecie sprzyjającym samorozwojowi. Nasze widzenie i odczuwanie świata , a nawet tego , co zwykłe i bliskie , od dawna znane i codzienne , odmienia się w świetle miłości; wiele spraw przeżywamy jak po raz pierwszy; to , co stare nabiera nowego znaczenia. To jedna strona miłości: amo (et amor), ergo sum - kocham (i jestem kochany), a zatem jestem; tak , "jestem" jeżeli kocham i jestem kochany.Jednocześnie jednak owo potwierdzenie własnego istnienia pozwala dostrzec drugą stronę miłości: podstawowy wymóg wyjścia poza i ponad konkretne urzeczywistnienie miłości. Nasze pragnienie i pęd ku miłości wynosi nas , siłą wewnętrznej konieczności , ponad konkretną postać , którą nadaliśmy naszej miłości. Nie ustaje ona nigdy. Sam język słowem "miłość" określa coś ostatecznego i dynamicznego zarazem. Philipp Lersch objaśnia , jak następuje: "Nie jest to przypadkowe i nie podlega w żadnym razie na jakimś braku wyobraźni językowej , lecz na fakcie...że miłość , zgodnie ze swoją istotą , nigdy się nie kończy i jeszcze w swoim spełnieniu...jest żywotna jako dążenie".

     Doznanie miłości jednoznacznie wykazuje tę dialektykę : nie możemy wyczerpać do dna człowieka , którego kochamy , i świata , w którym on żyje. Trzeba przysłuchać się poetom; rozsadzają świat swoich doświadczeń , szukają porównań , sięgają do przeciwstawienia , po wszystkie możliwe rzeczy we wszechświecie po to , by opisać umiłowaną osobę i świat rozświetlony ich miłością. Często kotoś trzeci nie potrafi pojąć , cóż takiego szczególego jest w tej osobie , milczy jednak ze względu na tego , który kocha. Oto co szczególne w ukochanej istocie: jak wszechświat , jego niezmierzona przestrzeń , są bezgraniczne i pełne tajemnic , tak niepojęty jest człowiek, którego się kocha; nie dlatego , ażeby sam w sobie był tak pełen bogactw, lecz dlatego , że dla nas stanowi więcej niż w rzeczywistości; jego aktualna istota polega na tym , że jest kimś doczesnym , przemijającym zwiastunem czegoś , co nieprzemijalne; w jego doczsnym , niedoskonałym bycie rozwiera się transcendentne "Więcej". Tym samym , w miłości zostaje współpotwierdzona "dynamiczna bezgraniczność" ukochanej istoty, słyszy się nowe słowa: kocham cię bezgranicznie i dlatego misisz być bez granic. Tak w każdym akcie ludzkiej miłości współpotwierdza się , współustanawia i współpostanawia nieśmiertelność.